Czy przedmioty realizowane na studiach mogą stanowić inspirację do późniejszej pracy zawodowej? Dlaczego przy opracowywaniu tłumaczeń oprócz znajomości języków obcych ważne jest posługiwanie się poprawną polszczyzną? Jakie zabawne wpadki zdarzają się podczas przekładu? Karol Cytrowski, absolwent filologii romańskiej, opowiada o pracy tłumacza audiowizualnego.

Studiował Pan na licencjacie romanistykę z językiem angielskim, natomiast później na studiach magisterskich była to już standardowa romanistyka. Jaka jest różnica między tymi dwoma rozwiązaniami? Lepiej jest zdecydować się na jedną konkretną filologię czy na równoczesną naukę dwóch języków?

Osobiście najbardziej podobało mi się rozwiązanie w postaci romanistyki z drugim językiem, a nawet mówiąc konkretnie – z drugim językiem romańskim, bo taka opcja istniała, gdy byłem na studiach licencjackich. Chociaż w tym momencie sam sobie zaprzeczę, gdyż ostatecznie zdecydowałem się na romanistykę z językiem angielskim. Różnica między tymi dwoma możliwościami polegała na tym, że w przypadku mojego kierunku francuski nauczany był od podstaw, natomiast opcja z drugim językiem romańskim przewidziana była dla osób kontynuujących naukę francuskiego, i to w największym stopniu determinowało wybór kierunku studiów. Jeśli chodzi o aspekt praktyczny, to zdecydowanie znajomość dwóch języków pomaga w karierze zawodowej. Opieram się tutaj chociażby na opinii moich znajomych, którzy po studiach trafili do zagranicznych firm, i posługiwanie się więcej niż jednym językiem obcym stanowiło wartość dodaną. Sam teraz trochę żałuję, że nie kontynuowałem nauki włoskiego, którego podstawy poznałem w trakcie studiów magisterskich, zwłaszcza że języki romańskie w niektórych aspektach są do siebie podobne i łatwiej się ich uczy, gdy jeden z nich ma się opanowany już na jakimś niezłym poziomie.

Potrafiłby Pan po latach wymienić swoje ulubione przedmioty na studiach?

Nie ukrywam, że trochę już mnie pamięć zawodzi i nie wszystkie zajęcia pamiętam, ale są oczywiście takie, które wspominam do dzisiaj. Na studiach licencjackich i magisterskich uczęszczałem na seminaria do prof. Anity Staroń poświęcone literaturze, co jest ciekawe w kontekście mojej przyszłej kariery zawodowej. Wówczas paradoksalnie nie byłem zbytnio związany z tłumaczeniem czy językoznawstwem, znacznie bardziej interesowały mnie aspekty kulturowe. Z drugiej strony należałoby zadać pytanie, czy była to bardziej kwestia zainteresowań, czy lenistwa. Przedmioty z językoznawstwa, jak np. gramatyka opisowa, były momentami bardzo trudne, miały taki ścisły charakter i z nimi radziłem sobie zdecydowanie gorzej. Znacznie łatwiej przyswajałem sobie wiedzę z zakresu kultury, historii czy literatury. Myślę, że to wszystko zależy od indywidualnych preferencji, bo pamiętam, że akurat z historią Francji, która była wykładana na Wydziale Filozoficzno-Historycznym, wiele osób miało trudną przeprawę i chociaż były to zajęcia realizowane na pierwszym roku, to niektórzy zmagali się z nimi aż do końca licencjatu (śmiech).

Jak wyglądała Pana droga zawodowa po ukończeniu filologii romańskiej?

Zaczęła się dość wcześnie, bo swoją pracę rozpocząłem jeszcze w trakcie studiów. Taką główną motywacją były zajęcia z przekładu audiowizualnego, które w tamtych czasach wyróżniały romanistykę na tle innych kierunków. Idąc na nie, kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Okazało się, że były to bardzo praktyczne zajęcia dotyczące wszelkich tłumaczeń, np. telewizyjnych czy filmowych. Nie wpisywały się one w taki standardowy tok kształcenia, czyli przekazanie materiału do nauki, później egzamin i wystawienie oceny końcowej. Zamiast tego pokazywano nam, jak tego typu praca wygląda od środka, sporo czasu spędzaliśmy w studiu, w którym odgrywaliśmy poszczególne role, można było na przykład przez moment poczuć się jak lektor. Na początku pomyślałem, że szansę na pracę w tym zawodzie mają osoby, które już naprawdę bardzo dobrze znają język, są z nim obyte, i że kompletnie się do tego nie nadaję. Z czasem zaczęło do mnie docierać, że to jest wykonalne. Mocniej zainteresowałem się profesją translatorską właśnie dzięki tym zajęciom, które były ciekawie prowadzone i zmotywowały mnie do pójścia w stronę tłumaczeń audiowizualnych. Podobnie pomyślało kilkoro moich koleżanek i kolegów ze studiów. Zaczynaliśmy od płatnych zleceń, później ta współpraca coraz bardziej się rozwijała, a w moim przypadku poskutkowała tym, że zostałem w tej branży do dzisiaj. Cieszę się, że mogłem płynnie przejść od studiów do pracy zawodowej.

Czym różni się opracowywanie napisów do filmów od innych rodzajów tłumaczeń?

Napisy są technicznie dużo prostsze, przygotowujemy je najczęściej w dwóch rządkach, tak jak finalnie widać to na ekranie. Należy oczywiście bardzo uważać na wszelkiego rodzaju błędy w pisowni. W swojej pracy miałem do czynienia też z wersją lektorską, która różni się tym, że przy jej opracowywaniu tworzymy tzw. listę dialogową, czyli wyszczególniamy poszczególne postaci, które mają mówić, wskazujemy time code, czyli czas, kiedy rozpoczyna się dana wypowiedź. Wszystko po to, aby jak najbardziej ułatwić zadanie lektorowi. Ważnym etapem przy tworzeniu napisów jest tzw. wbijanie w przeznaczonym do tego programie, które polega na ustawianiu początku i zakończenia wyświetlenia danej frazy zgodnie z oczekiwaniami klienta. Na pewno to ciekawe zajęcie, chociaż bywa trudne. Wiele zależy od wymagań zamawiającego. Największa różnica między poszczególnymi rodzajami tłumaczeń jest stricte techniczna. Czasem te zadania się ze sobą zazębiają. Bywa tak, że mamy już gotową wersję lektorską w formie listy dialogowej, którą przerabiamy później na napisy mające się wyświetlić na ekranie.

Która z tych czynności sprawia Panu największą przyjemność?

Przyznam szczerze, że najbardziej polubiłem pracę z napisami, na co miał wpływ aspekt finansowy, gdyż osobno płacono za tłumaczenie i za ustawianie napisów. Ta ostatnia czynność przebiega z reguły dość płynnie i szybko. Zasady rozliczenia bywają jednak różne. Z reguły mamy płacone za minutę obrazu, niezależnie od tego, ile w danej scenie pojawia się dialogów.

Co jest tak naprawdę trudniejsze: opracowywanie wersji lektorskiej czy przekształcanie jej na gotowe napisy do filmu?

Przerobienie listy dialogowej na napisy to tak naprawdę tylko wykasowanie wszystkich dodatkowych opisów, imion osób występujących kolejno i przekształcenie tego na tekst pod napisy, czyli ustawienie time code’ów, które sprawią, że napis będzie się wyświetlał w odpowiednim momencie. Z technicznego punktu widzenia nie jest więc to trudne, zwłaszcza jeśli ktoś ma w tym już trochę wprawy. Sama czynność w obu przypadkach nie jest bardzo skomplikowana, czasem zadanie komplikują jedynie niestandardowe wymagania klienta. Zdarzają się tacy, którzy sobie życzą niestandardową długość wyświetlanych fraz, inni chcą jeszcze kolorami zaznaczać wypowiedzi poszczególnych bohaterów. Są to jednak rzeczy do opanowania w praktyce.

Na studiach można poznać wiele ciekawych ludzi i to jest największa wartość poza samą nauką języka. Ja sam nie zostałem wybitnym specjalistą, poszedłem w stronę przekładu, nie kontynuowałem swojej drogi na uczelni. Natomiast w toku studiów spotkałem choćby inspirujących wykładowców. Kontakt z nimi dał mi dużo takiej mądrości życiowej, pomógł lepiej poznać samego siebie.

Karol Cytrowski

Jakie cechy i umiejętności powinna posiadać osoba, która zawodowo zajmuje się opracowywaniem napisów do filmu? Są to bardziej umiejętności językowe czy należy np. oglądać wiele seriali, żeby też widzieć, jak te napisy są skonstruowane w innych produkcjach?

Myślę, że to pierwsze. Zdolności do posługiwania się językami obcymi to oczywiście podstawa w tym zawodzie, jednak czasem okazują się mniej istotne niż… znajomość języka polskiego. Ja tego wszystkiego tak naprawdę musiałem się nauczyć dopiero w pracy. Może inaczej sytuacja wygląda w przypadku absolwentów polonistyki, którzy są bardziej zaznajomieni chociażby z interpunkcją. Jest to wbrew pozorom bardzo ważna kwestia, o której zapomina się na różnych etapach edukacji. Sam mogę powiedzieć, że w momencie rozpoczęcia pracy tej praktyki pisarskiej nie miałem praktycznie wcale i musiałem się chociażby nauczyć, w których miejscach należy stawiać przecinki. Zazwyczaj zaczynamy od tłumaczenia z języka obcego na język polski, więc umiejętność posługiwania się poprawną polszczyzną, wiedza na temat interpunkcji, bogate słownictwo są w tym zawodzie niezwykle istotne. Znajomość języka, na który się tłumaczy, musi być w miarę biegła, natomiast mniejszą rolę odgrywa ten, z którego tłumaczymy, przy dzisiejszej technice mamy bowiem możliwości wykorzystania sztucznego wspomagania. Dlatego operowanie słownictwem i poprawne stosowanie zasad interpunkcyjnych to podstawy w zawodzie początkującego tłumacza.

Czy ma Pan jakąś zabawną anegdotę związana z nie do końca udanym tłumaczeniem napisów?

Oj, wpadek było rzeczywiście całkiem sporo. Mamy u siebie w biurze coś, co żartobliwie nazywamy tablicą hańby, na której pojawiają się najciekawsze gafy językowe. Pamiętam, że ktoś kiedyś użył sformułowania autostrada pacyfikowa na określenie Pacific Highway. Bardzo często zdarzają się wpadki związane z tym, że ktoś nie zrozumiał danego wyrażenia albo przetłumaczył je w sposób zbyt dosłowny. To może jednak zdarzyć się każdemu, zwłaszcza gdy pracuje się pod presją czasu. Pamiętam, że kiedyś wyrażenie graveyard shift, które w języku angielskim oznacza oczywiście nocną zmianę, przetłumaczyłem w jakiś absurdalny sposób, informując, że główny bohater wrócił właśnie… z cmentarza, bo zakodowałem sobie w głowie, że on tam pracuje. Takich gaf jest całkiem sporo, niektóre są bardziej zabawne, inne mniej.

Czy do pracy w roli tłumacza napisów można się przygotować jeszcze na studiach?

Na pewno mieliśmy na studiach fajny wstęp do pracy w tej roli. Oczywiście nie jest tak, że po ukończeniu romanistyki jest się już w 100% gotowym do wykonywania tego typu profesji, bo przynajmniej za moich czasów takie zajęcia realizowane były tylko przez jeden semestr. Poszczególne przedmioty na studiach mogą natomiast na pewno rozbudzić zainteresowanie, pokazać, jak taka praca wygląda, i finalnie pomóc w decyzji o wykonywaniu jej w przyszłości. Z tego powodu ta podstawa wyniesiona ze studiów może okazać się bardzo cenna.

Zajęcia z przekładu audiowizualnego na romanistyce nie wpisywały się w taki standardowy tok kształcenia, czyli przekazanie materiału do nauki, później egzamin i wystawienie oceny końcowej. Zamiast tego pokazywano nam, jak wygląda praca tłumacza od środka, sporo czasu spędzaliśmy w studiu, w którym odgrywaliśmy poszczególne role, można było na przykład przez moment poczuć się jak lektor.

Karol Cytrowski

Jakie ma Pan rady dla przyszłych studentów filologii obcych? Czy w ogóle warto studiować tego typu kierunki?

Czuję się trochę niekomfortowo, udzielając rad, bo przyznam szczerze, że nie byłem wzorowym studentem. Jak wspominałem, przez długi czas moje zainteresowania związane były z literaturą, ale ostatecznie wybitnym literaturoznawcą nie zostałem i dopiero te zajęcia pod koniec studiów z przekładu audiowizualnego pomogły mi zrozumieć, co tak naprawdę chciałbym w życiu robić. Nawet na samą romanistykę trafiłem trochę przypadkowo. Miałem z językiem francuskim jakiś wcześniejszy kontakt, próbowałem się go uczyć, ale to mi do końca nie wyszło i dlatego postanowiłem do tego wrócić. Nie miałem wtedy za bardzo pomysłu, jakie studia rozpocząć, bo umówmy się, większość moich rówieśników, wtedy 19-latków, tak naprawdę nie wiedziała, czym się chce w życiu zajmować.

Pana przykład pokazuje jednak, że czasem właśnie studia filologiczne mogą być momentem przełomowym i stanowić inspirację do tego, co dalej w życiu robić.

Z pewnością na studiach można poznać wiele ciekawych ludzi i to jest największa wartość poza samą nauką języka. Ja sam nie zostałem wybitnym specjalistą, poszedłem w stronę przekładu, nie kontynuowałem swojej drogi na uczelni. Natomiast w toku studiów spotkałem choćby inspirujących wykładowców. Kontakt z nimi dał mi dużo takiej mądrości życiowej, pomógł lepiej poznać samego siebie.

Co jest w takim razie najważniejsze przy wyborze kierunku studiów?

Na pewno powinniśmy się zastanowić, co nas tak naprawdę interesuje. Nauka języka, wymagania, jakie były przed nami stawiane, nieco odbiegały od moich wyobrażeń przed rozpoczęciem studiów. Muszę przyznać, że poprzeczka była zawieszona wysoko. Jeśli ktoś myśli, że na studiach filologicznych jest lekko, to może się przeliczyć. Dlatego ważne jest, by nie robić czegoś wbrew sobie, bo można się na tym przejechać. Jedyne, co mogę doradzić, to po prostu przyłożyć się do nauki, ale też nie zapominać o przywilejach życia studenckiego i cieszyć się tym wyjątkowym czasem!

💬Rozmowę przeprowadzono w marcu 2022 roku.